Relacja z wycieczki klasy IF do Czarnego Dunajca i Zakopanego

Ósmego czerwca, w czwartek, moja klasa – 1F udała się na niezapomnianą wycieczkę, pod opieką pani Walkosz, pani Masłowiec oraz pana Bobki. W porze, podczas której grzeczniejsi gimnazjaliści na co dzień śpią, odbyła się zbiórka na dworcu autobusowym. Jazda autokarem do Czarnego Dunajca już sama w sobie była ciekawa i opływała w co zabawniejsze i hałaśliwsze wydarzenia – ku uciesze uczniów i udręce współtowarzyszy podróży.

Zakwaterowani zostaliśmy w bazie noclegowej przy Zespole Szkół Podstawowej i Gimnazjum – doprawdy przyjemne miejsce. Po kilku komplikacjach („Ale jak to jest tylko jedna czwórka, proszę pani?”) młodzież rozpakowała się, a następnie z entuzjazmem udała na wycieczkę rowerową.

Nie ma nic tak wzmacniającego hart ducha dla rozpuszczonych przez zbyt dobre czasy gimnazjalistów, jak przejechanie rowerem górskim czterdziestu kilometrów. Troszkę osób poobijało się o słupki, troszkę nabyło zadrapań, niektórzy od nowa się uczyli korzystać z przerzutek, wszyscy (w większości na czerwono) pięknie się opalili, ale najważniejsze – było zabawnie, były piękne widoki na Tatry i odwiedziliśmy Sanktuarium Maryjne w Ludźmierzu.

O godzinie 16:00 – obiad, pieczarkowa i risotto. Potem dostaliśmy trochę czasu wolnego, podczas którego mogliśmy się integrować z kolegami i koleżankami na najróżniejsze sposoby.

Najciekawiej było dopiero późnej! Piękna słoneczna pogoda, przyjemny spacer po lesie… trwający około dwie godziny, odbyty jedynie w celu dotarcia na ognisko. Uczymy się całe życie. Nasi opiekunowie na przykład dowiedzieli się, że warto korzystać z map. „My się nie zgubiliśmy, my nie dotarliśmy do celu” – mówi pani Iwona Walkosz, a ja przez grzeczność nie zaprzeczę J. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Podczas spaceru podziwialiśmy przyrodę, udało nam się zobaczyć żmiję zygzakowatą, najróżniejsze rodzaje owadów i uwaga, ślady kopyt sarenki i przepiękny stylowy paśnik.

Koniec końców powróciliśmy do punktu wyjścia i została uruchomiona opcja awaryjna – swoją drogą znajdująca się około trzy kilometry dalej. Ale klasa 1F zniosła wszystkie trudy, dumnie podniosła swą głowę i uraczając opiekunów spojrzeniem godnym bazyliszka, majestatycznym krokiem ponownie rozpoczęła swą wędrówkę. Nigdy nie byłam z nas tak dumna jak wtedy. Dotarliśmy na kolację. Nikt już nie  narzekał.

Wieczorem nie działo się zbyt wiele – wspólnie opatrywano wszystkie otarcia, stłuczenia i poparzenia słoneczne, a potem nastała oficjalna cisza nocna.

Po śniadaniu wyruszyliśmy na podbój Zakopanego i, ku radości gimnazjalistów, ogłoszono czas wolny dozorowany. Spędziliśmy go oczywiście na targu pod Gubałówką wśród straganów pełnych oryginalnych pamiątek. Niestety, na zakupy dostaliśmy jedynie trzy kwadranse i udaliśmy się do Muzeum Tatrzańskiego im. Dra Tytusa Chałubińskiego. Dzięki pobytowi tam poznaliśmy historie najbardziej zasłużonych obywateli Zakopanego, wiemy już, że kózka to nie jest podręcznikowa nazwa kozicy górskiej, a dzieci górali jadły z jednej miski.

Następny punkt programu, najbardziej wyczekiwany od dwóch dni, to obiad w amerykańskiej restauracji McDonald’s i wspólne, przepyszne lody. Potem tylko malutki spacerek (ledwo siedem kilometrów) podczas, którego podziwialiśmy oryginalną architekturę, poznaliśmy miłych tubylców, obejrzeliśmy skocznię w remoncie i odwiedziliśmy pomnik Sabały.

Jeszcze tylko powrót autokarem do Krakowa. W podróży młodzież zachowywała się zdecydowanie ciszej – ku radości szanownych nauczycieli i współpasażerów – ciekawe dlaczego?

Gdyby zapytać wycieńczoną, poranioną i poparzoną słońcem klasę 1F, czy chciałaby wybrać się na taką wycieczkę po raz drugi – chórem by odpowiedziała – najchętniej codziennie!!! I ja się pod tym podpisuję.

Milena Morawiec

Zdjęcia z wycieczki możecie zobaczyć w GALERII.